Witamy na stronie Parafii pw. św. Walentego w Konopiskach

"Jeśli nikt od Was nie wymaga, to Wy sami wymagajcie od siebie.."

Jan Paweł II

Pożegnanie Ks. kan. mgr Sławomira Kaczmarka

Sp.Ks.S.Kaczmarek 01
W żałobnym hymnie śpiewanym w każdy Wielki Piątek, powtarzane są słowa: „Odszedł Pasterz nasz, co ukochał lud". Ufam, że Najwyższy wybaczy mi użycie tych słów napisanych przecież kiedyś ludzką ręką, użytych tutaj w odniesieniu do naszego zmarłego Księdza Proboszcza. Ażeby potwierdzić zasadność ich użycia w takim kontekście, musimy cofnąć się w czasie.

 

W dniu 14 lipca 1958 roku w Wieluniu, urodził się Sławomir Czesław Kaczmarek syn Mateusza Kaczmarka i Anieli z Cieślów, jako ich trzecie dziecko. Chrzest św. otrzymał w dniu 31 sierpnia, z rąk ks. Stanisława Pytlawskiego, proboszcza ich rodzinnej parafii św. Mikołaja w Wierzchlesie, a później także proboszcza naszej parafii. Od najmłodszych lat, nauczony był ciężkiej pracy na roli. Często wspominał, że jako chłopiec musiał umieć pracować w polu koniem, żeby pomóc w dużym gospodarstwie rodziców, a często także u sąsiadów. Mimo tak wielu obowiązków czasem ponad jego wiek, był wzorowym uczniem.

Żyzna wieluńska ziemia wydała wiele wartościowych powołań kapłańskich i takie powołanie rodziło się u młodego Sławka. Przykładem była religijność rodziny, babcia często powtarzała dzieciom : „Kto Matce Bożej ufa i Jej nie zasmuci, tego zawsze wysłucha i do Boga zwróci". Już jako chłopiec z radością nosił do kościoła kwiatki, do ozdobienia ołtarza. Zrywały je dla niego sąsiadki i mama. Z wielką gorliwością służył jako ministrant i kiedy czas pozwalał, starał się nawet codziennie być na mszy św. Po maturze w liceum w Pajęcznie, z bardzo dobrą opinią swojego księdza proboszcza, w 1977 roku został przyjęty do Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. W tym samym roku kleryk Sławomir z wieloma innymi klerykami, został powołany do wojska. Po odsłużeniu dwóch lat, niemal wszyscy wrócili do seminarium. Święcenia kapłańskie, kleryk Sławomir otrzymał w dniu 10 czerwca 1984 roku, z rąk bpa Tadeusza Szwagrzyka w Bazylice Katedralnej w Częstochowie.

Jego pierwszą placówką przez 2 lata była parafia Maluszyn, następne 2 lata pracował w Żurawiu. Dla mieszkańców Mokrzeszy i okolic, msze św. odprawiano w tamtejszej remizie strażackiej. W 1987 roku w Mokrzeszy ustanowiono wikariat terenowy, a w 1988 roku erygowano parafię św. Maksymiliana Kolbego. Dekret proboszczowski otrzymał młody, pełen sił i zapału ks. Sławomir Kaczmarek. Długo mieszkał w pokoiku wynajętym w starej drewnianej remizie strażackiej, a obiady jadł u rodziny pp. Bednarków. Wiedział jakie zadania przed nim stoją, dlatego z zapałem mobilizował parafian do budowy kościoła i niewielkiej plebanii. Budowa rozpoczęła się w sierpniu 1990 roku. Żeby zdobyć konieczne fundusze na budowę, a potem wyposażanie kościoła, podjął się hodowli świń, które sam nie raz karmił. Z dumą wspominał, że piękne tabernakulum do nowego kościoła, w całości sfinansował ze sprzedaży świń. Swoim „maluchem" który chyba cudem wytrzymywał eksploatację, woził nawet drobniejsze materiały do budowy. Sam często stawał do pracy z robotnikami.

Kiedy plebania była jeszcze w stanie surowym, z radością przeprowadził się. Początkowo miał tam łóżko, umywalkę, prowizoryczną łazienkę, a centralne ogrzewanie zastępował piecyk „koza". Po całkowitym ukończeniu i wyposażeniu kościoła, podjął się budowy kościoła filialnego w Woli Mokrzeskiej. Prace trwały czasem i nocami, ale stanął piękny kościółek p.w. Św. Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała. Mieszkańcy całej jego parafii kochali go i w razie potrzeby, o każdej porze dnia stawali do pracy na jedno jego słowo. Z bólem przyjęli wiadomość, że we wrześniu 1999 roku ich proboszcz otrzymał dekret proboszczowski do odległych Konopisk. Byli gotowi interweniować u biskupa, aby został z nimi. Bóg miał wobec Niego inne plany. Przez usta proroka Izajasza powiedział: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami"... „Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi" (Izaj. 55,6-8).

Dziękuję Bogu, że od pierwszych dni pobytu Księdza Sławomira w Konopiskach byłam w pobliżu. Uczestniczyłam we wszystkim, co czynił w parafii dzięki swoim zamysłom i wytężonej pracy. Pierwsze o czym pomyślał po przyjściu do Konopisk, to dojmujące zimno w naszym dużym kościele. Zaradził temu instalując ogrzewanie podławkowe już przed samym Bożym Narodzeniem i wiem jak bardzo się cieszył, że parafianie wreszcie będą mogli w cieple i komforcie uczestniczyć w nabożeństwach.

We wrześniu 2000 roku rozpoczął remont zniszczonego sypiącego się muru cmentarza, który na Wszystkich Świętych został naprawiony, otynkowany i pomalowany. Na 100-lecie kościoła, Ksiądz Proboszcz postanowił wykonać kapitalny remont świątyni. Ołtarze były mocno zniszczone przez korniki, więc już w październiku przy głównym ołtarzu zbudowano rusztowania. Z nastaniem cieplejszych dni końca zimy w 2001 roku, konserwatorzy zabytków pod kierunkiem p. Marii Góralczyk, rozpoczęli batalię o uratowanie pięknych ołtarzy i całego drewnianego wystroju kościoła. Po zimie okazało się, że woda spływająca przez dziurawy dach kościoła niszczy jego konstrukcję oraz tynki. Zaraz wiosną wymieniono znaczną część blachy. Z niepokojem patrzył Ksiądz Proboszcz na okna w głównej nawie, wiedział o niebezpieczeństwie grożącym parafianom ze strony pękających szyb i spadających na ławki w kościele. Równocześnie z pracami konserwatorów ołtarzy, rozpoczęła się kosztowna wymiana okien nawy głównej. Przed malowaniem kościoła, położono również instalację pod nowe nagłośnienie.

Po przebudowaniu rusztowań, od wczesnej wiosny 2002 roku rozpoczęto malowanie wnętrza świątyni: nawy głównej i naw bocznych. Po zakończeniu tych prac, wg projektu p. Góralczyk przebudowano całe prezbiterium i wyłożono dwukolorowym marmurem. Prace ukończono 15 grudnia, potem zainstalowano nowe żyrandole we wszystkich trzech nawach. W dniu 6 lipca 2003 roku w pięknie odnowionej świątyni, odbyła się uroczystość 100-lecia budowy naszego kościoła. Tymczasem na plebanii trzeba było odgrzybić ściany, poprawić zapadające się podłogi, a ciągle szwankujące ogrzewanie gazowe, zastąpić ogrzewaniem węglowym. Budynek plebanii stawiany w 1899 roku nie posiadał sklepień tylko tzw. „przybitkę", dlatego w kolejnych latach kilkakrotnie odpadały płaty tynku z sufitów i trzeba było je uzupełniać. Dach plebanii mocno przeciekał, konieczne było położenie nowej blachy.

Z końcem lata 2003 roku w nawie głównej kościoła, umieszczono nowe ławki wg projektu p. Góralczyk. Jesienią 2004 roku rozpoczął się kosztowny kapitalny remont organów, pierwszy od 1976 roku. W 2005 roku po silnej nocnej wichurze, 1/3 blachy na dachu kościoła została oderwana od konstrukcji dachowej i trzeba było szybko tę groźną awarię usunąć. W 2007 roku z inicjatywy Księdza Proboszcza, została gruntownie wyremontowana zabytkowa kapliczka z II poł. XVIII w. znajdująca się w centrum Konopisk. W 2010 roku na odpust parafialny wróciła do kościoła odnowiona, zabytkowa XVIII wieczna chrzcielnica. Tego samego roku rozpoczęto budowę ogrodzeń nowego cmentarza i plebanii. W lipcu 2013 roku wykonano instalację odgromową kościoła. Wynikiem kilkuletnich zmagań z nieżyczliwymi urzędnikami na różnych szczeblach, były znacznie okrojone obiecywane fundusze, jednak w tym samym roku można było rozpocząć I etap remontu dachu kościoła. Wymieniono zniszczone części konstrukcji dachowej i położono blachę miedzianą na nawie głównej. W dniu 4 czerwca 2014 roku, parafia świętowała 100-lecie konsekracji kościoła i 30-lecie kapłaństwa Księdza Proboszcza. W październiku 2016 roku, rozpoczęto instalowanie monitorów w nawie głównej kościoła, które po Wszystkich Świętych już działały.

Od wiosny 2017 roku rozpoczęły się długotrwałe prace związane z wymaganą i niezwykle trudną ewidencją cmentarza. Latem obok garaży dobudowano niezbędną wiatę i wyłożono kostką brukową jej otoczenie. Po kolejnych długich zmaganiach z urzędnikami, ale przy życzliwym wsparciu obecnych władz samorządowych, latem 2017 roku rozpoczął się II etap remontu dachu kościoła: położenie blachy miedzianej na bocznych nawach i założenie rynien. Te niestety szybko zostały skradzione i trzeba było zakładać następne.

W grudniu rozpoczęła się kolejna kosztowna praca – układanie kostki brukowej na alejkach cmentarza. W połowie grudnia 2019 roku, zostały wymienione wszystkie okna zewnętrzne w bocznych nawach. W dniu 8 stycznia 2020 roku rozpoczęto odwierty głębinowe i kolejne prace związane z instalacją fotowoltaiki do ogrzewania kościoła i plebanii. W związku z tymi pracami, należało wykonać gruntowny remont starej zniszczonej plebanii. Niestety, urząd Konserwatora Zabytków nieprzychylnie podszedł do tego zadania, co skutkowało ponad rocznym opóźnieniem wszystkich prac. To samo powtórzyło się przy instalowaniu ekonomicznego ogrzewania kościoła. Różne decyzje utrudniające postęp prac, spowodowały kolejny, nadal trwający zastój. Ta wieloletnia walka z bezdusznością urzędów, bardzo mocno odbiła się na zdrowiu Księdza Proboszcza.

W wielkim skrócie przedstawiłam tylko ważniejsze i bardzo kosztowne inwestycje, pomijając inne drobniejsze. Wszystko to robił nie dla siebie, tylko dla parafii i tutaj na zawsze pozostaną ślady jego trudu. Wszystkie te prace dla przeciętnego parafianina proste i oczywiste, w rzeczywistości wymagały wielomiesięcznych, a czasem wieloletnich starań. Okupione były nieprzespanymi nocami, stresem, przebyciem setek kilometrów do przeróżnych miast i urzędów, zmaganiem się z nieżyczliwą urzędniczą machiną, nie kończącymi się rozmowami z konserwatorami, architektami, administracją, wykonawcami. Rozpoczynając remont plebanii mówił: „Nie wiem czy ja będę tutaj mieszkał czy inny ksiądz, ale przez kolejne kilkadziesiąt, a może i sto lat, księża wreszcie będą mieszkać jak przystało na XXI wiek".

Najbardziej bolesne były pomówienia, obmowy, a czasem obelgi osobiste i w internecie, rozpowszechniane przez ludzi nie widzących belek we własnych oczach. Tak było podczas zbierania funduszy na kolejne prace i przy innych okolicznościach. Do tego kolejne kradzieże nie Jego własności, ale naszej wspólnej, parafialnej.

Jak wspominał kolega kursowy, w seminarium często widywano kleryka Sławka klęczącego w kaplicy z różańcem. W naszym kościele, niezliczoną ilość razy widziałam Księdza Proboszcza klęczącego w ostatniej ławce i odmawiającego różaniec. Nigdy nikomu nie ubliżył, nigdy się nie skarżył. Modlił się za tych którzy byli mu nieprzyjaźni. Mówił, że tak trzeba, a różaniec jak wiemy, towarzyszył mu dokąd tylko potrafił utrzymać go w ręce.

Swoje życie ofiarował Bogu i ludziom, na dobre i na złe. Został księdzem nie dla wygody, bo przez 21 lat w Konopiskach szedł ciernistą drogą i żył w warunkach, jakich nasi parafianie dawno już nie mają. Tak pracował, by swoim duszpasterstwem pomóc ludziom znaleźć Boga i w tym dawał całego siebie. Nosił miłość w sercu do każdego człowieka, nawet tego wrogiego, czy pogubionego. Miał wrodzoną umiejętność i potrzebę pomagania. Nie pieniędzmi, ale materialnie. Tak jak od domu Jego rodziców, tak od progu plebanii nikt nie odchodził głodny. Wiele razy na Jego prośbę robiłam paczki z żywnością dla oczekujących pomocy i zawsze każdemu kanapki i herbatę. Do wielu z nich paczki zawoził osobiście. Pomagał zdobyć piecyk, opał, znajdował jakieś zajęcie, kupował ciepłą bieliznę i odzież. Alkoholików umieszczał w ośrodkach resocjalizacji. Od 2002 do 2014 roku organizował zbiórki żywności i odzieży, które były wysyłane do najbiedniejszych parafii na Ukrainie. W nawale prac czasem brakowało Mu czasu na posiłki, bo dla Niego ważniejsi byli inni ludzie.

Jego duszpasterstwo przeniknięte było pokorą, dobrocią, uśmiechem, modlitwą. Jako jedyny znany nam ksiądz, po każdej adoracji Najświętszego Sakramentu, z miłością całował krzyż stojący zawsze na tabernakulum, a modlitwą błogosławieństwa niemal otwierał Niebo. Trudno policzyć ile osób przez Chrzest św. wprowadził do wspólnoty Kościoła, ile komunii rozdzielił, ile małżeństw błogosławił, ile osób przygotował na odejście do wieczności, ani ile odprowadził na cmentarz. Nigdy nie miał czasu dla siebie, ale zawsze miał go dla innych. Nawet w szpitalu w Gliwicach sam dusząc się, przygotował na śmierć takiego chorego jak On sam.

Ksiądz Proboszcz miał wyjątkową pasję kapłaństwa otwartego na ludzi, różnymi środkami duszpasterskimi starał się uświęcać wiernych. Docierał do każdej grupy wiekowej poprzez różne nabożeństwa, pielgrzymki, orszaki, loterie, festyny, ogniska, spotkania integracyjne. Zainicjował w naszej parafii wyjazdy na comiesięczne czuwania jasnogórskie. Od 2001 roku wprowadził plenerową Drogę Krzyżową ulicami Konopisk, taką jaką prowadził w Mokrzeszy. Organizował liczne pielgrzymki autokarowe, parafianie poznawali najpiękniejsze sanktuaria w Polsce i w Europie. Dzięki Jego staraniom, parafia otrzymała upragnione relikwie św. Walentego. Jego postawa sprawiła, że został ojcem duchownym dekanatu blachowieńskiego, otrzymał tytuł kanonika oraz został wyróżniony przywilejem rokiety i mantoletu. Dla wikariuszy był jak ojciec, był dla nich wzorem głębokiej wiary, pracowitości, otwartości na drugiego człowieka.

Z Ochotniczą Strażą Pożarną związany był już w Mokrzeszy. Czynnym członkiem OSP w Konopiskach był od 17 lat, równocześnie na kursach przygotowywał się do funkcji kapelana. Po ich ukończeniu, został mianowany kapelanem Ochotniczych Straży Pożarnych gminy Konopiska i służył im przez 14 lat. Jako kapłan był szczęśliwy, że wszystkie lokalne uroczystości w kościele, na cmentarzu i przy gminie, zawsze rozpoczynały się mszą św. przy obecności licznych pocztów sztandarowych gminnych organizacji.

Nie był człowiekiem z żelaza. Przed pięciu laty, lekarze ratowali Jego życie. Mimo różnych dolegliwości, nigdy nie dawał poznać, że coś Mu dokucza. Mimo to, ciągle i do końca pozostał młody duchem i pełen zapału. Żeby nawrócić człowieka, potrzeba ofiary i tę ofiarę składał każdego dnia za swoich parafian, za których nieustannie się modlił, polecając ich św. Andrzejowi Boboli i wszystkim naszym patronom. Kiedy w lipcu na Jego ostatnich urodzinach „Młodzi Duchem" zaśpiewali Mu „Sutannę", płakał..... W końcu przyszło Mu złożyć tę największą ofiarę.

Ks. biskup Andrzej Przybylski powiedział na pogrzebie: „Widocznie potrzebna była ofiara choćby taka jak Jego. Cokolwiek robił, to nie dla błysku, to dla zbawienia parafian. Jego kapłaństwo, to było branie się za bary z różnorakimi trudnościami, zmaganie się ze sobą, z dolegliwościami wcześniejszymi i tymi ostatnimi, aż w końcu w jedności z Jezusem takie umieranie, jak Baranek zaduszony na Golgocie".

Nie gromadził skarbów dla siebie, wszystko zostawił parafianom, wszędzie w parafii są trwałe ślady Jego trudu. Zmarł bo przegrał walkę z ciężką chorobą, ale do końca się modlił.

Kiedy dziecko sprawia matce wielką przykrość, jej serce rodzicielskie wybacza wszystko, bo mimo doznanych przykrości, kocha swoje dziecko. Gdyby nie kochał swoich parafian lepszych, czy gorszych, nie zrobiłby tego wszystkiego, co po sobie pozostawił. Dlatego spokojnie można powtórzyć: „Odszedł pasterz nasz, co ukochał lud". Lud parafii w Maluszynie, Żurawiu, Mokrzeszy i w Konopiskach.

Odszedł po nagrodę wieczną, bo tam u Boga zgromadził sobie największe skarby, a Królowa Różańca Świętego w Jej dzień przeprowadziła Go tam, gdzie nie ma cierpienia.

Jego ciało zostało złożone na naszym cmentarzu, bo naprawdę sobie na to zasłużył.

Jego całe życie, umieranie i obecność parafian modlących się codziennie przy Jego grobie, to jakże wymowne - Jego ostatnie kazanie. Ks. Jan Twardowski pisał: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" i ten wzór miłości każdego bliźniego, Ksiądz Proboszcz nam pokazał i nauczał jak ją realizować.

Tak jak nie wolno zapomnieć tych księży którzy budowali nasz kościół, tak nie wolno zapomnieć Księdza Sławomira Kaczmarka, który temu kościołowi i parafii Konopiska poświęcił całego siebie. Zostawił tutaj swoją młodość, siły i zdrowie. Wierzymy, że będąc przed Bogiem, jeszcze skuteczniej będzie pomagał swoim następcom i wyprosi im Jego błogosławieństwo, a naszym parafianom potrzebne łaski i mądrość.

BARBARA HERBA

Poniżej zdjęcia ze zbiorów parafian na których został uwieczniony Ks. Sławomir Kaczmarek podczas swojej służby w naszej parafii.